Pociąg do Brydża nie ustaje!
Autor: Ania Geisler – Jankowiak
Poznański Klub Brydżowy słynie z atrakcji. Na próżno szukałam ich w innych miastach. Nigdzie indziej nie ma takich entuzjastów! To nie tylko kursy i turnieje stacjonarne. Wyjazdy warsztatowe w piękne przyrodniczo miejsca, podchody i kajaki przeplatane rozgrywkami, imprezy na najwyższym (dosłownie!) poziomie.
Rok temu, jako początkująca brydżystka, wzięłam udział w pionierskim projekcie pt. „Pociąg do brydża”. Zaskoczyli nas totalnie! Kto podczas studenckich podroży próbował grać w karty w pociągu, ten pamięta rozsypujące się rozdania i przewracające się szklanki z napojami dopingowymi. Czy chcieliśmy to powtarzać? Zdania były podzielone… A tymczasem tutaj zaskoczyła nas pełna profeska! Każdy przedział pełnił rolę małego centrum rozgrywki. Stoliki z zielonym suknem, na nich haft z klubowym logo, pierniczki do zapisu rozdań, karty ułożone zgodnie z zasadami turniejów międzynarodowych – szczęki opadały z wrażenia! Nawet pociąg nie trząsł naszymi zasobami. Graliśmy całą drogę do Gdańska, tam ponownie – z Gdańszczanami oraz w drodze powrotnej. Czy było łatwo? Nie dla początkujących. Czy było trudno? Nie w tym towarzystwie! Było cudownie, a zatem nic dziwnego, że niecierpliwie czekaliśmy na powtórkę z roz(g)rywki.
W listopadzie tego roku wyruszyliśmy z radością do Krakowa pociągiem specjalnym o nazwie Karo. Celu podroży zachwalać nie trzeba było nikomu, a chęć rozgrywki w podróży zgromadziła trzy wagony chętnych. Niemal stu zapalonych graczy! Zarówno organizatorzy turnieju doszli do perfekcji, jak i pełni entuzjazmu uczestnicy postarali się o niezrównaną atmosferę. Jak na każdym turnieju – jedna para była gospodarzem przedziału-stolika, na trzy rozdania dołączała do niej para wędrująca, potem zmiana. A na wędrujących czekały różne niespodzianki. Sławka osobiście zapakowała dla wszystkich pyszne krówki z tradycyjnej manufaktury, tu czekały domowe wypieki, tam przekąski, tu owoce, tam różne napoje, a największym zaskoczeniem okazał się przedział serwujący przednie domowe nalewki opłacane serdecznymi uśmiechami. Grać, nie umierać!
Gracze początkujący oraz ci stawiający rozrywkę ponad zbieranie punktów zebrali się w pociągu osobowym – kilka rozdań mniej, więcej czasu na licytację i rozmowy. W pociągu pospiesznym spotkali się wytrawni gracze, sprawnie licytujący i czerpiący radość z szybkiego tempa rozgrywek. A… że lokomotywa wspólna? A komu to przeszkadza? Wszyscy zmierzaliśmy zgodnie do stolicy Jagiellonów.
A Kraków powitał nas piękną zimą. Z zapałem odwiedziliśmy jego najpiękniejsze zakątki, by wieczorem spotkać się w klubie „Prominent”. Jedliśmy, piliśmy, lulki paliliśmy, odśpiewaliśmy nasz hymn „Wsiąść do pociągu brydżowego” i wiele znanych szlagierów. Rozegraliśmy dodatkowy turniej, delegacja pociągu osobowego pokonała pospieszny w zaciętej rozgrywce w kręgle. A potem tańczyliśmy jeszcze do późnej nocy. Wyciszył nas dopiero nocny spacer przez miasto. Gdy ulicą na tle zaśnieżonego parku przemknęła biała dorożka z zaprzęgiem karych rumaków, stała się magia. Płatki śniegu otulały nas i wyciszały zasypiające miasto.
Niedziela nie była leniwa, nie tym razem. Trzeba było wstać na poranny turniej brydżowy z Krakowiakami. A warto było! Zorganizowano go na pięknym dziedzińcu Muzeum Armii Krajowej, pod szklanym dachem, a za oknami śnieżne poduchy. Niewielu Krakowiaków dotarło, ale ja im się nie dziwię – musieli zmierzyć się z najlepszym klubem, niewątpliwie ich to stresowało;)
Pociąg powrotny o wdzięcznym imieniu Kier zabrał nas w drogę powrotną. Nastąpiło odwrócenie ról gospodarze-goście i najpierw powoli, jak żółw ociężale, szarpnęła maszyna wagony ospale. Potem trochę przyspieszyła, ale zima spowodowała opóźnienie, które pozwoliło nam zagrać o jedną rundę więcej. I podobnie, jak w zeszłym roku – gracze początkujący złapali brydżowego bakcyla. Na własnej skórze poczuli pierwsze kontry i odzywki wieloznaczne. Było trochę pomyłek i dużo śmiechu. Słucham? To 2trefl nie mówi nic o treflach? Dlaczego 5karo prowadzi do szlemiku na kierach? Po 2BA dajesz 3piki, gdy chcesz grać w kiery??? Wszystko w swoim czasie… Każdy grał, jak potrafił. Porządku pilnowali sędziowie Paweł Kańduła i Robert Ciesielski, którym chóralnie podziękowaliśmy.
Wisienką na torcie było wręczenie nagród na peronie poznańskiego dworca. Zwycięzcami byli wszyscy, którzy świetnie się bawili.
Długą turę czyli trzy turnieje od sobotniego poranka do niedzielnego wieczora wygrali w przedziałach pospiesznych: Agnieszka Kwacz i Andrzej Mazurek, a w osobowych Wojciech Stylo i Ireneusz Sidorowicz, uhonorowani statuetkami wykonanymi przez pomysłodawcę tego wydarzenia, Macieja Kwacza.
Oklaski dla zwycięzców i organizatorów gromko niosły się nad torami. Chcemy więcej! Mamy już pomysły na kolejne turnieje podróżne!
Świetny jest ten nasz Klub. Dołączajcie! A ja już się szykuję na klubowe Andrzejki!
Pociąg do Krakowa
Autor: Sławka Woźniak
W pewną sobotę listopadową
wyruszyliśmy w podróż brydżową.
Spakowaliśmy klunkry do bany;
każdy ochoczy i roześmiany
zacierał ręce, marzył o chwale
moszcząc się w swym startowym przedziale.
Trudno powiedzieć jak biegła trasa –
człowiek chciał znaleźć piątego asa
i taki kontrakt wylicytować,
by przeciwnika z lew obrabować.
Wreszcie przed piątą się okazało,
że czasu mamy już mniej niż mało:
wysiadać trzeba, końcowa stacja,
ogarnąć hotel – i integracja!
Hulanki, tańce i karaoke,
naród tanecznym podąża krokiem:
z baru na parkiet, stąd na kręgielnię
(my z grawitacją walczymy dzielnie!),
bilard, piruet – głośno śpiewamy,
że do pociągu znowu wsiadamy.
A kiedy wszyscy duzi i mali
już się radośnie sponiewierali,
śnieg zatarł ślady nocnych hulanek
i nas przywitał biały poranek.
Jedni pobiegli zwiedzać namiętnie,
Rynek i Wawel uwieczniać chętnie,
sprawdzać, czy Wisła taka szeroka
i wawelskiego podziwiać smoka.
Inni podjęli większe wyzwanie:
rzędem stawili się na spotkanie
w pięknym Muzeum Armii Krajowej
gdzie już czekały pary miejscowe.
Jak się skończyły owe zmagania?
Tu odpowiemy bez owijania:
stosując wszystkie brydżowe triki
wygrały Pyry lub Lajkoniki.
Powrotna podróż z niespodziankami,
bo u nas musi być z przygodami:
choć kilka razy światło nam zgasło
(znów jechaliśmy chyba przez Jasło –
trudno powiedzieć, bo ciemno było),
to się szczęśliwie wszystko skończyło.
Wspaniała banda wysiadła z bany,
a każdy kontent i roześmiany.
Były nagrody i gratulacje,
podziękowania, głośne owacje.
Ledwie skończyło się to szaleństwo,
a już rozkminy ma społeczeństwo:
dokąd nas teraz poniosą tory?
Bo my apetyt mamy wciąż spory!
W tym towarzystwie na koniec świata!
Dokąd jedziemy? Niech padnie data!
Z taką fantazją Klub podróżuje –
a kto nie jechał, ten niech żałuje! 😄



