Autor: Barbara PODGÓRSKA
Pewnie wielu z nas oglądało lub nadal ogląda program Martyny Wojciechowskiej zatytułowany „Kobieta na krańcu świata”, opowiadający o spotkaniach z kobietami żyjącymi w różnych krajach i kulturach. Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten program skojarzył mi się z zaproponowanym tematem dotyczącym losów kobiet w środowisku brydżowym. Stąd tytuł niniejszej opowieści: „Kobieta przy stoliku brydżowym”.
Będzie w niej sporo wątków autobiograficznych. Trudno bowiem pisać o czymś, czego samemu się nie przeżyło.
Kobiety grały w brydża od początku (autor tego akapitu: redakcja PKB)
Zanim przeniesiemy się do poznańskiej Gazowni, warto cofnąć się jeszcze o kilkadziesiąt lat. Nie dysponujemy dokładnymi danymi dotyczącymi liczby kobiet grających w brydża w Polsce ani na świecie w latach 20. i 30. XX wieku. Brydż był wówczas przede wszystkim grą domową i towarzyską, a powstające dopiero organizacje sportowe nie prowadziły pełnych rejestrów zawodników z podziałem na płeć.
Zachowane wyniki turniejów pokazują jednak, że kobiety przy brydżowym stoliku wcale nie były rzadkością. W pierwszej edycji prestiżowego brytyjskiego turnieju Gold Cup w sezonie 1931/1932 wystartowały 72 czteroosobowe drużyny, a kobiety stanowiły aż trzy czwarte uczestników. Oznaczałoby to około 216 kobiet w gronie 288 zawodników! Co ciekawe, tylko dwie panie dotarły do półfinału, a w finale nie zagrała żadna. Już wtedy widoczna była więc różnica między licznym udziałem kobiet w brydżu a ich obecnością na najwyższych szczeblach rywalizacji.
W 1935 roku do mistrzostw Europy dołączono osobną rywalizację kobiecych reprezentacji narodowych. Brydż kobiet zaczął więc rozwijać się także jako odrębna, międzynarodowa konkurencja sportowa.
W przypadku przedwojennej Polski nie mamy równie dokładnych danych procentowych. Można jednak przypuszczać, że kobiety stanowiły znaczną część osób grających towarzysko, szczególnie w dużych miastach i środowiskach inteligenckich. Znacznie trudniej było im natomiast przebić się do regularnej rywalizacji sportowej.
Na początku była Gazownia
Od czego zacząć moją własną opowieść? Jaki był początek?
Na początku była GAZOWNIA – największa atrakcja tygodnia i miejsce niemal kultowe. Zadymiona, ponura świetlica Poznańskich Zakładów Gazownictwa przy ulicy Kazimierza Wielkiego. No ale ta atmosfera!
W każdy poniedziałek gromadziło się tam kilkadziesiąt par spragnionych brydża sportowego. Nikomu nie przeszkadzały dym, koślawe stoliki ani brak jakiegokolwiek bufetu. Było po prostu to, czego wszyscy oczekiwali – gra!
Piszę o wczesnych latach 70., kiedy techniczna strona turnieju wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Przy pierwszym stoliku karty rozdawało się ręcznie. Po rozegraniu rozdania wpisywało się rozkłady do kontrolek, a następnie umieszczało karty w plastikowych „portfelikach” z czterema kieszonkami. Portfeliki przekazywano na kolejne stoliki.
Sędziowali nam wówczas Andrzej Wachowski, Wojciech Radomski, Marian Kabaciński, Ziutek Sobolewski oraz Krystyna Turzańska. Tej ostatniej należy poświęcić szczególną uwagę.
Była kobietą z charakterem. Potrafiła utrzymać salę we względnym porządku mimo braku mikrofonu, a ponadto była mistrzynią w odczytywaniu wymiętoszonych kontrolek, zapisanych przez graczy w sposób, delikatnie mówiąc, mało czytelny. Była również detektywem i arcymistrzynią w obliczaniu wyników.
Gracze z niecierpliwością czekali na środowe wydanie „Głosu Wielkopolskiego”. W dziale sportowym pojawiała się notatka informująca o liczbie par uczestniczących w poniedziałkowym turnieju oraz nazwiska trzech najlepszych par. Pełną listę wyników wywieszano na drzwiach Gazowni dopiero w kolejny poniedziałek. Telefonów było wówczas niewiele, a o sprawdzeniu wyników w internecie nikomu się jeszcze nawet nie śniło.
Dziesięć procent kobiet
Wróćmy jednak do kobiet w Gazowni. Było nas niewiele, a te, które grały wówczas w brydża sportowego, były najczęściej żonami lub partnerkami znanych brydżystów.
Jeżeli pamięć mnie nie zawodzi, grały tam: Jagoda Nowakowa, Grażyna Jarosławska, Małgorzata Zdzienicka, Ola Graczyńska, Barbara Tomiak, Nina Gawęcka, Agata Kabacińska, Krystyna Turzańska, Bogna Latowska i ja.
Biorąc pod uwagę, że w Gazowni grywało zazwyczaj ponad 50 par, kobiety stanowiły około 10% uczestników turnieju.
Ktoś może zapytać: dlaczego tak mało kobiet interesowało się brydżem?
Pamiętajmy, jakie to były czasy. Panie, które dziś uczestniczą w życiu brydżowym, miały wówczas małe dzieci. Musiały wszystko „zdobywać”, ponieważ słowo „zakupy” miało zupełnie inne znaczenie niż obecnie. Wiele godzin spędzało się w kolejkach. Jak w takich warunkach znaleźć czas na brydża?
Niektóre żony miały pretensje do swoich mężów, że ci tracą poniedziałkowe wieczory na grę, zamiast stać w kolejce albo pomagać w domu. Wspomniana wcześniej Krystyna Turzańska odpowiadała im wtedy:
„Ciesz się, że twój mąż spędza czas przy stoliku z czterema damami, a nie z jedną – oczywiście nie z tobą – w łóżku!”.
Zdanie to przeszło do klasyki poznańskiego brydża.
Kobieca drużyna Budowlanych
Oprócz Gazowni, która przez długi czas była właściwie jedynym regularnym miejscem turniejowym, grało się również w ligach. Każdy grał tak, jak umiał, a najczęściej umiał niewiele.
Nie było powszechnych szkoleń. Wiedzę czerpało się przede wszystkim z czasopisma „Brydż”. Jedynie ówczesny brydżowy potentat – Budowlani Poznań – szkolił swoje drużyny. Miał ich chyba cztery, w tym kobiecą drużynę występującą w klasie B.
Ciekawe, że przez kolejne kilkadziesiąt lat nikt w Poznaniu tego nie powtórzył i nie stworzył kolejnej kobiecej drużyny ligowej.
Gazownia funkcjonowała jako miejsce spotkań brydżowych przez wiele lat. Gdy zakończyła działalność, poznański brydż trochę się „rozmył”. Zaczęto grać w wielu innych miejscach, które powstawały, funkcjonowały przez pewien czas, a następnie znikały. Były to między innymi: Pomorski, Olimpia, IOR, Polan, Kopernik, Dębina, Fawor, Starołęka i Szamotulska. Zapewne nie wymieniłam wszystkich.
Rozwinęła się także nauka brydża w Liceum im. Dąbrówki, przede wszystkim dzięki inicjatywie dwóch wybitnych pedagogów i brydżystów: Jana Sibilskiego oraz Marcina Pędzińskiego. To oni wychowali między innymi mistrzynię świata Danę Kazmuchę. Jej śladami podąża Ewa Morawska, odnosząca znakomite wyniki i posiadająca już tytuł mistrza międzynarodowego.
Powrót do zupełnie innego brydża
Nie wiem, co działo się w poznańskim brydżu w latach 2002–2012, ponieważ z przyczyn ode mnie niezależnych miałam wówczas dziesięcioletnią przerwę w grze.
Kiedy wróciłam, stwierdziłam, że zastałam zupełnie inny brydż. Nie znałam „pierniczków”, bidding-boxów ani nowych pudełek do kart, nie mówiąc już o nowoczesnej licytacji.
Pod swoje skrzydła wzięły mnie niezawodna Jagoda Nowak oraz nowo poznana Ewa Mielcarzewicz, obecnie Knapik. Dzięki ich talentowi pedagogicznemu stosunkowo szybko nadrobiłam zaległości i po pięciu latach uzyskałam WK 5.
Gdy w 2013 roku po raz pierwszy znalazłam się na poniedziałkowym turnieju w Instytucie Ochrony Roślin, zauważyłam przy stolikach nowe panie. Ich liczba nadal jednak nie zwalała z nóg, mimo że czasy się zmieniły, dzieci urosły, a sklepy zapełniły się towarami.
Trudno uwierzyć, że kobiety mogła odstraszać od brydża opinia niektórych panów – być może funkcjonująca do dziś – że kobiety przy stoliku rozmawiają wyłącznie o dzieciach, wnukach, modzie i przepisach kulinarnych.
A panowie? Wystarczy posłuchać. Usłyszymy relacje z meczów piłki nożnej, siatkówki i koszykówki, opowieści o sukcesach wędkarskich oraz szczegółowe analizy wydarzeń, które z brydżem nie mają nic wspólnego.
Dobrze przynajmniej, że z repertuaru najpopularniejszych tematów w dużej mierze zniknęła polityka. Różnice poglądów nieraz prowadziły bowiem do scen znacznie bardziej emocjonujących niż niejeden kontrakt szlemowy.
Z około 13,5% do 31%
Postanowiłam sprawdzić, choć oczywiście tylko wyrywkowo, jak zmieniała się liczba kobiet uczestniczących w poznańskich turniejach.
Do porównania przyjęłam dane z czterech przypadkowo wybranych turniejów rozegranych w latach 2013–2014. Wystąpiły w nich łącznie 282 osoby, w tym 38 kobiet.
Oznacza to, że średnio w jednym turnieju uczestniczyło około 71 graczy, w tym niespełna 10 kobiet. Panie stanowiły wówczas 13,5% wszystkich uczestników.
Obecnie w Poznaniu odbywają się cztery regularne turnieje tygodniowo dla doświadczonych brydżystów (dwa w poniedziałek, jeden w środę i jeden w czwartek). W drugim tygodniu lipca zagrało w nich kolejno 66, 66, 70 i 82 uczestników – łącznie 284 osoby. Wśród nich było odpowiednio 21, 16, 32 i 19 kobiet, czyli razem 88 pań.
Średnio w każdym z tych turniejów zagrało więc 71 osób, w tym 22 kobiety. Udział pań wyniósł już 31%.
Liczba wszystkich uczestników porównywanych turniejów była niemal identyczna: 282 osoby w latach 2013–2014 i 284 osoby obecnie. Tym bardziej widoczna jest zmiana proporcji. Udział kobiet wzrósł z około 13,5% do 31%, a więc ponad dwukrotnie.
Nie jest to oczywiście pełne badanie statystyczne, lecz wynik jest na tyle wyraźny, że trudno uznać go za przypadek.
Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja w najnowszym turnieju przeznaczonym dla osób mniej doświadczonych, które nauczyły się grać w ciągu ostatnich trzech lat. W ostatnim takim turnieju zagrało 70 osób, w tym aż 32 kobiety.
Panie stanowiły więc 45,7% uczestników – niemal połowę całej sali.
Można zatem przypuszczać, że udział kobiet w turniejach open będzie w kolejnych latach nadal wzrastał. Najmłodsze brydżowym stażem pokolenie graczy jest już niemal idealnie zrównoważone pod względem płci.
Co się zmieniło?
Do liczniejszego udziału kobiet w turniejach i ligach z pewnością przyczyniła się działalność szkoleniowa Poznańskiego Klubu Brydżowego, kierowana między innymi do seniorów, osób rozpoczynających naukę w dorosłym wieku oraz dzieci i młodzieży.
Efekty nie kazały na siebie długo czekać. Frekwencja w turniejach rośnie, a wraz z nią liczba kobiet, które nie trafiają już do brydża wyłącznie jako żony czy partnerki grających mężczyzn. Przychodzą samodzielnie, zapisują się na kursy, tworzą własne pary i coraz śmielej uczestniczą w turniejach open oraz rozgrywkach ligowych.
Klub organizuje również imprezy łączące brydża z rekreacją i podróżowaniem, takie jak „Pociąg do Brydża”, turnieje plenerowe oraz inne niestandardowe wydarzenia. Cieszą się one dużym zainteresowaniem, również wśród pań.
Mam przy tej okazji dwie propozycje. Może w okolicach Dnia Kobiet warto byłoby zorganizować otwarty turniej poświęcony paniom? A na prima aprilis – turniej par utworzonych z losowo dobranych zawodników? Byłoby zabawnie, choć zapewne niektóre partnerstwa zakończyłyby się szybciej niż licytacja po otwarciu 2♣.
Na wczasach już pół na pół
W ostatnich latach rozpowszechniło się także zjawisko nazywane potocznie „wczasami brydżowymi”. Wyjazdy organizowane w atrakcyjnych miejscowościach przyciągają do gry zarówno żony uczestników, które wcześniej nie miały bliższego kontaktu z brydżem, jak i samotne panie w wieku 60+.
W rezultacie proporcje między liczbą kobiet i mężczyzn bywają zaskakująco wyrównane.
Podczas czerwcowych wczasów w Rowach na 60 uczestników, czyli 30 par, zagrało 30 kobiet – dokładnie 50%. W Niechorzu wśród 44 uczestników były 21 panie, a więc kobiety również stanowiły niemal połowę grupy.
Drogie Panie! Rośniemy w siłę!
Jesteśmy samodzielne, ambitne i uczymy się od najlepszych, dlatego coraz więcej sukcesów jeszcze przed nami. Może nie wszystkie zostaniemy mistrzyniami świata, ale nawet grając przeciwko arcymistrzom, możemy od czasu do czasu spłatać im jakiegoś psikusa.
Bądźmy nadal dzielne i wspierajmy się nawzajem. Dzięki temu brydż stanie się dla nas jeszcze przyjemniejszy, a kobieta przy stoliku brydżowym nie będzie już wyjątkiem ani ciekawostką.
Będzie po prostu zawodniczką.




